To w końcu sacrum czy profanum?

Zdaje się, że twórcy festiwalu lubią pozostawiać to pytanie bez odpowiedzi. Być może jest to słuszna idea, skoro festiwal działa już tyle lat, nie nudząc swoich widzów. Budzi się we mnie jednak pytanie – czy to usilne poszukiwanie odmiennych biegunów w sztuce nie gubi czasem samej sztuki?

Koncert Four Times Two, który odbył się 26-ego września w krakowskim NCKu, okazał się prawdziwym testem wytrzymałościowym dla przybyłych widzów. Cztery duety i prawie cztery godziny bardzo zróżnicowanej muzyki miały prawdopodobnie stanowić przedsmak tego, jak będzie wyglądała najbliższa edycja festiwalu. Patrząc jednak na malejącą w czasie frekwencję na sali, mam wrażenie, że organizatorzy trochę przecenili cierpliwość i zaangażowanie publiczności.

Pierwszy występujący na scenie duet Małgorzaty Walentynowicz i Frauke Aulbert również był odważnym eksperymentem. Artystki zaprezentowały projekt Série Rose z koncepcją Moniki Pasiecznik, który swoje prawykonanie miał na tegorocznej Warszawskiej Jesieni. Przyznam, że najbardziej lubię chodzić na koncerty z „pustą głową”, tzn. nie czytając programów czy artykułów opisujących wydarzenia. Dlaczego? Bo wierzę w spekulatywną moc muzyki, która nie potrzebuje nic innego poza dźwiękiem, żeby przekazać najgłębsze emocje i treści. Być może jest to podejście zbyt tradycyjne na owe czasy, ale według mnie często się sprawdza. Często, lecz nie zawsze, o czym przekonałam się, uczestnicząc we wtorkowym koncercie. Projekt Série Rose przedstawiał różne oblicza erotyzmu w muzyce. Jak czytamy w koncepcie: Dlaczego seks, który dominuje jako temat w sztukach wizualnych i w literaturze, jest zabroniony TYLKO w muzyce. Jak długo jeszcze nowa muzyka będzie pozwalać sobie na sześćdziesięcioletnie zapóźnienie i pozostawać daleko w tyle za innymi gatunkami sztuki, mimo to rościć sobie prawo do miana poważnej. Eliminacja seksu pod pretekstem utrzymania "powagi" muzyki jako sztuki w sensie klasycznym – tak jak malarstwo i literatura - w istocie ją podkopuje.[1] To, co usłyszałam na koncercie, tylko potwierdziło, jak daleko jestem od powyższego stwierdzenia – odgłosy pretendujące do bycia śpiewem, a w rzeczywistości kojarzące się jednoznacznie ze stosunkiem płciowym, aktorki jak z filmów porno ze szmerową ścieżką audio czy naśladowanie czynności fizjologicznych na scenie – czy to są cechy, które powinna mieć sztuka według Moniki Pasiecznik? Czy obsesyjne podążanie za tym, co nowe, nie jest tak naprawdę cechą minionej epoki? Skoro jesteśmy bombardowani erotyką z każdej strony, to czy właśnie nie powinniśmy dążyć do tego, żeby ją ograniczać? To refleksje, które pozostawię bez odpowiedzi.

Nie pomyślcie jednak drodzy czytelnicy, że wyszłam z tego koncertu zniesmaczona. Niezbyt dobre wrażenie zostało zrehabilitowane podczas drugiej części koncertu. Wystąpiła tam pianistka Vanessa Wagner i Murcof – artysta zajmujący się muzyką elektroniczną. Zaprezentowali efekt swojej współpracy nad płytą Statea, która zawiera dzieła mistrzów, m.in. Johna Cage’a, Arvo Pärta, Erika Satiego czy Philipa Glassa. Rezultatem ich działań są estetycznie odrestaurowane dzieła minimalistyczne – piękne połączenia oszczędnej muzyki fortepianowej okraszone subtelną elektroniką. Nie ma tu miejsca na przesadę albo popis – obydwa instrumenty odgrywają taką samą rolę, są wobec siebie równe. Dodana elektronika jest tak subtelna, że ma się wrażenie, iż wydobywa ukrytego ducha w tych pozornie nieciekawych kompozycjach. Uczta dla uszu!

Jak więc widać, pierwszy koncert tegorocznego festiwalu Sacrum Profanum wywołał we mnie skrajne emocje. Może taki właśnie był zamiar dyrektora artystycznego? A może jestem odosobnionym przypadkiem?

 

 

 Anna Wyżga 

 

[1] http://www.warszawska-jesien.art.pl/wj2017/program-i-bilety-2017/utwory/1423594701, [dostęp: 07.10.2017].

to-w-koncu-sacrum-czy-profanum

Opublikowano: 2017-10-07